Codziennie czytam Pismo Święte w rytmie liturgii dnia, bo się do tego zmuszam. Nie „staram się”, tylko zmuszam. Nieczęsto siadam skupiony, wypoczęty i gotowy na wielkie odkrycia. Częściej zostaje ostatek sił, notes albo telefon i kilka słów wyszarpniętych z dnia, który dawno upomniał się o całą resztę.
Mimo to chcę zapisać choć dwa, trzy zdania o tym, co dane Słowo mówi o mnie albo do mnie. Poza pojedynczymi przypadkami udaje mi się tego pilnować. Nie zawsze wychodzi coś, co warto oprawić w ramkę. Czasem notatka mieści się w trzech słowach. Nie będzie z niej tekstu ani cytatu do zapamiętania. Wystarczy, że uczciwie nazwie rzecz, której bez niej wolałbym nie zauważyć.
Do pracy jadę pół godziny w jedną stronę. Tyle wystarczy, żeby przeczytane zdanie wróciło i wtrąciło się w sprawy, które mają już własne tempo, własny język i gotowe wyjaśnienia.
Dlatego próbuję zatrzymać z czytań jedno zdanie, żeby wracało w ciągu dnia i pracowało gdzieś w moim systemie operacyjnym między uszami. I właśnie tam zaczyna się praca, której szukam. Nie w chwili, gdy potrafię objaśnić tekst. W chwili, gdy tekst zaczyna rozbrajać moje objaśnienia.
Mój przyjaciel, o. Adam Czuszel, ujął to tak:
Od lat proszę Boga o świętość, a im dłużej Go o to proszę, spotyka mnie coraz więcej upokorzeń i więcej cierpień. Moja karta chorobowa się rozrasta, może taka droga, droga przez cierpienie, ścieżka utraty zdrowia dla Boga? Niemniej jednak chcę płonąć, nawet jeśli będzie to płomień na pustyni, płomień, który będzie jedynie mnie boleśnie wypalał.
Nie słyszę w tym pochwały choroby ani przekonania, że samo cierpienie czyni człowieka lepszym. Słyszę coś trudniejszego: pragnienie, by nawet w bólu rzucić się ku Bogu i oddać Mu cały lęk o własne życie. Żeby modlitwa, nawet kiedy nie przynosi ulgi, wciąż pozostawała wołaniem do Niego o pomoc. Choćby trzeba było rzucać toną grochu w niezliczone ściany.
To jeden z powodów, dla których powstaje „Raport z pola walki”.
Nie zamierzam streszczać czytań ani dopisywać do nich trzech praktycznych punktów. Chcę zobaczyć, co dzieje się z naszymi gotowymi wyjaśnieniami, kiedy postawi się je obok Słowa i zostawi tam odrobinę dłużej, niż jest wygodnie; sprawdzić, gdzie jest granica swędzenia.
Raport zaczyna się po wszystkim, kiedy sprawa ma już własną wersję. Wracam do tego, co się stało, i sprawdzam, gdzie zawiodło moje rozpoznanie, jaki rachunek został po drodze oraz za którą część odpowiadam ja.
Czasem pierwsze wyjaśnienie ten powrót wytrzymuje. Czasem dopiero po kilku dniach widać, że było tylko eleganckim sposobem zamknięcia sprawy.
To osobista publicystyka (popatrz, Mamo, spełniam marzenia lat młodzieńczych!), nie publiczna spowiedź. Nie będę wystawiał prywatnego życia czy życia moich dzieci, żeby tekst dostał kilka lajków. Będę natomiast mówił we własnym imieniu wszędzie tam, gdzie uczciwość wymaga czegoś więcej niż bezpiecznego „człowiek czasem”.
Pole walki rzadko potrzebuje wojennego słownika. Wystarczy chwila, w której przyzwyczajenie zostaje nazwane rozsądkiem, wymówka troską, upór wiernością, a negocjowalny afekt wolnością.
Bo, jak pięknie pisał mistrz Chesterton:
Gdy na proszonym obiedzie w Mayfair spotykacie przedsiębiorcę-milionera, monopolistę wielu rynków, i witacie go zwyczajowym pozdrowieniem: „Ty łajdaku!”, skracacie po prostu dla wygody pewną dłuższą wypowiedź, która w całości brzmi tak: „Człowieku obdarzony boskim duchem, który potrafiłby wzlecieć wyżej niż aniołowie – jak możesz nurzać ducha swego tak nisko, że stajesz się łajdakiem?” (...) Ilekroć nazywamy człowieka tchórzem, apelujemy do niego, pytając, jak może być tchórzem, skoro mógłby być bohaterem. Ilekroć robimy wyrzuty grzesznikowi, implikujemy, że leży w jego mocy zostać świętym.
Ale wracając do raportu: chcę sprawdzać, co jest prawdą, co wygodnym alibi, czego nadal trzeba bronić i za co nie wolno już kazać płacić komuś innemu. Do takich miejsc będę w tym cyklu wracał.
Pierwszy raport będzie nosił tytuł „Kiedy cudzy rozsądek mówi moim głosem”, bo we wspomnianej młodości słuchałem dużo Comy. Będzie o chwili, w której człowiek zmienia zdanie i jeszcze nie wie, czy spotkał prawdę, czy tylko uległ tonowi ludzi, których uznania nie chciał stracić.
Nie obiecuję, że każdy raport skończy się rozwiązaniem. Chcę, żeby kończył się czymś trudniejszym do podrobienia: stanowiskiem, za które biorę odpowiedzialność.
Nawet jeśli droga do niego zaczyna się od ostatka sił, kilku słów zapisanych w telefonie i jednego zdania, które nie pozwala spokojnie wrócić do pierwszej wersji wydarzeń.
Do samego końca.
M. O.




Witaj,
Wiadomo co się dzieje z o. Adamem? Słuchałem go i czytałem jego książki niegdyś i gdzieś zaginął?